Pokazywanie postów oznaczonych etykietą warsztaty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą warsztaty. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 listopada 2011

Festiwal Gdańsk Dźwiga Muze 2011 Dance Edition

Abradab rocks the Mic right
Południe - Północ
Pewnego pięknego weekendu sierpnia (choć pogoda w sierpniu świadczyła o czymś zupełnie innym, to jednak weekendy zawsze są piękne) postanowiłem oderwać się od codzienności i wraz z kilkoma znajomymi wybrać na drugi koniec Polski. Plotki bowiem niosły, że Gdańsk Muzę będzie Dźwigał, i to już nie pierwszy raz. Jako, że Gdańsk piękny jak i Muza zacna, wiele się nie zastanawiałem i po uzyskaniu akredytacji postanowiłem przejechać na drugi koniec Polski z miasta Krakusa do miasta Neptuna. Przewijając na Fast Forward wszelkie perypetie związane z podróżą i zakwaterowaniem, znalazłem się na Placu Zebrań Ludowych by wkroczyć luźnym krokiem na festiwal tańca i muzyki z pod znaku hip ha o pe.

Ponieważ z festiwalu chciałem wynieść jak najwięcej i w pełni wykorzystać te dwa dni już od rana krążyłem pomiędzy namiotami, w których odbywały się warsztaty taneczne z weteranami sceny hiphopowej z zachodniego i wschodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych. Zanim przejdę do szczegółowego opisywania tego co w namiotach napiszę jeszcze parę słów na temat tego co poza nimi. Otóż na placu zebrań znajdowało się wszystko co znajdować powinno. Trzy namioty ze stylami: hiphop, street dance i videoclip dance, ściana do graffiti, scena dla młodych MC, scena dla beatboxerów, i dla boyów oraz scena główna z DJem za deckami. Czekaj, czekaj: rap, DJing, B-boying, graffiti i beatbox… toż to przecie książkowe elementy kultury hiphopowej. Rzeczywiście, festiwal Gdańsk Dźwiga Muzę, jak żaden inny festiwal na którym byłem oddawał ducha kultury hiphopowej bez pominięcia żadnego z kluczowych elementów, bez David Guetta i bez autotune’a. Choć nie byłem jeszcze na Hiphop Kempie w Czechach ani Street Dance Kemp w Czechach, ani Urban Dance Camp w Cze… nie, nie, tym razem nie u braci z zza południowej granicy, ale w NiemCZECH;). Pomimo, że nie byłem na tych festiwalach to jednak wydaje mi się, że MTV GDM do tych właśnie najłatwiej porównać, co zresztą potwierdził mój znajomy, który na HHK dwukrotnie był. Jeśli więc MTV zdecyduje się na utrzymanie i rozwijanie tego festiwalu, to może się okazać, że za parę lat wykształcimy sobie nad polskim morzem europejskiej sławy festiwal hiphopowy, taki jakim obecnie stał się Heineken Open’er. Ale to najwcześniej za kilka lat, wróćmy więc do dnia dzisiejszego.

Hip Hop and Ya' Don't Stop...

Muzyka
Rap. Czyli słowa i muzyka, albo lepiej rymy i bity. Przyznam, że moje preferencje muzyczne i oczekiwania wobec wieczornych koncertów były zgoła inne niż zainteresowania ogółu. Moja w tej kwestii relacja będzie więc bardzo subiektywna, ale z drugiej strony - która relacja nie jest? Odmienność moich zainteresowań wynikała zapewne z tego, że wraz ze znajomymi, wiekowo prawie dwukrotnie przewyższaliśmy średni wiek uczestników tej imprezy. Jestem z pokolenia szerokich spodni z krokiem w kolanach, które pamięta kawałki Trzycha i Warszafskiego Deszczu, które album Tede S.P.O.R.T. znało na pamięć. Dla mnie więc bez wątpienia największe wrażenie zrobił koncert Warszawskiego Deszczu, przypominając mi starą dobrą polską szkołę rapu. Ech, kiedy to było… czas nas zmienił chłopaki, proste, robiłem głupoty ale z tego wyrosłem…



- Przerwa na łzę wzruszenia -



Trochę trudno zrozumieć mi cały hype na Grubsona, który pojawiał się na scenie częściej niż reklamy pasty do zębów na Polsacie. Nie wiem co mnie w nim drażni. Może vocal brzmiący jak mix DMXa z Damianem Marleyem? A może polsko-jamajskie brzmienie, którego z założenia nie lubię? Pewnie jedno i drugie. Raczej nie przekonam się do tego rapera, aczkolwiek Grubson nie powinien się tym szczególnie przejmować bo dla 95% uczestników festiwalu to właśnie on był główną gwiazdą wieczoru. Część z widowni Grubsona i Abradaba nie dotrwała bowiem do koncertów Das FX i Chali 2na. Cóż, różnica pokoleń. Das FX i Chali to już weterani, Grubson to najwyraźniej przyszłość, a na pewno teraźniejszość.
GrubSon - Na szczycie, w rzeczy samej... 


Koncert Das FX składał się głównie z klimatu. Przyznam, że nie znałem kawałków tej nowojorskiej grupy, poza klasycznym Real Hip Hop, ale zdaje mi się, że spożycie przez nich zwiększonej ilości ziół przed koncertem sprawiło, że sami również nie do końca je pamiętali. Większość koncertu upłynęła na nawoływaniach ze sceny w stylu: ‘Put your hands up hiiiiii’, ‘When I say hip, you say hop’, Na ich koncercie nastąpił jednak najlepszy epizod całego festiwalu. W pewnym momencie jeden z członków grupy, bodajże Skoob wezwał do siebie pięciu eMCe z widowni, którzy byliby gotowi wystąpić z nim na scenie. Na odzew nie trzeba było długo czekać, pięciu składaczy rymów wskoczyło na scenę, żeby po chwili wyrzucać z siebie wers za wersem. Z całej piątki jeden płynął z lepszym inny z gorszym freestylem, jeden zaprezentował też nieco oszukany freestyle siląc się zwrotką swojego kawałka bo jego słowna improwizacja brzmiał jak ta Eminema w 8mej Mili. Mniejsza o tą czwórkę, bo najważniejszy był ten jeden, który (za mikrofon zdaje się chwycił jako drugi) popłynął z prawdziwym, spójnym i sensownym freestylem zakończonym wersem mówiącym że „w tym momencie na tej scenie spełniają się jego marzenia”. Now, how cool is that?! Publiczność doceniła młodego emce deszczem braw (albo przynajmniej zapamiętałem to jako deszcz).



Graffiti, DJing & Beatbox…
Bruk Brothers, na festiwalu GDM jeszcze bezimienni
Ściana do graffiti była moim zdaniem najsłabszym elementem całego festiwalu. Choć miejsca było sporo i każdy kto chciał mógł podejść do niej i wyrazić siebie za pomocą puszki i farby to jednak chętnych było niewielu. Pomimo licznych nawoływań z głośnika nie wielu zdecydowało się tam podejść. Dlaczego? Być może dlatego, że na festiwalu nie było najwyraźniej zbyt wielu graficiarzy, którzy potrafią wrzucić na ścianę coś co później można nazwać street artem, a ci którzy nie mieli pojęcia czym to się je i jak to się robi nie za bardzo mieli gdzie uzyskać porady. Przy punkcie graffiti niewiele się działo, zainteresowani podchodzili nieśmiało nie bardzo wiedząc o co pytać i o co prosić. Moim zdaniem w przyszłym roku, warsztaty z graffiti powinny być zaplanowane nieco lepiej bo choć w harmonogramie znajdowała się taka pozycja, to na żywo trudno było mi jej doświadczyć.
Zarówno DJe jak i beatboxerzy dbali o to, żeby na festiwalu ciągle coś płynęły dobre cięte dźwięki. Dje wymieniali się co jakiś czas na scenie głównej, z kolei beatboxerzy na podeście na środku placu najpierw szkolili warsztat poczym pod okiem jury w postaci Dharniego z Singapuru, Roxorloops z Belgii i Blady Kris z Polski stoczyli finałowe pojedynki na dźwięki… niestety wiele więcej na ten temat nie jestem w stanie powiedzieć bo dokładnie w tym czasie przebywałem na jednej z najlepszych, teoretycznych lekcji hiphopu jakie kiedykolwiek miałem okazję wziąć. A lekcji tej było na imię Mr Wiggles.



Hey girls, hey boys, superstar DJs, here we go!!!
Bboying
Choć raczej na tym festiwalu więcej było samego hiphopu i poppingu niż bboyingu, więc może lepiej powiedzieć ogólnie – taniec. Taniec… tym właśnie festiwal GDM odróżniał się od wielu innych wakacyjnych festiwali, że na koncertach nieraz bardziej chciało się spoglądać na płynącą do muzyki widownie niż na samą scenę. Tak był na koncercie Cali 2Na, czyli głównej gwiazdy drugiego dnia. Kiedy rozglądnąłem się w koło po prostu nie mogłem oderwać oczu od bansujących ludzi. Don’t stop the body rock! W poprzednim artykule podsumowującym FNF Summer Intensive zarzucałem polskim tancerzom, że ogromna większość z nas nie potrafi freestyle’ować. Z tego zdania się nie wycofuje, jednak muszę zaznaczyć, że na festiwalach takich jak Gdańsk Dźwiga Muzę ilość tancerzy potrafiących swobodnie interpretować muzykę jest o znacznie większa. Nic dziwnego – na taki festiwal przyjeżdżają przecież głównie wyznawcy oldchoolowego hiphopu, w którym freestyle to podstawa, a choreografia to największe zło. W naszym kraju, podobnie zresztą jak na całym świecie wykrystalizowały się dwa światy hiphopu (w celowym i pogrubionym cudzysłowie). Tancerze street dance, dla których hiphop to jedynie Elite Force Crew, Electric Boogaloos i RockSteady Crew, oraz tancerze LA Style dla których hiphop to Movement Lifestyle, Young Lions, Essence, SoRealCrew i centra szkoleniowe takie jak Debbie Raynolds czy Millenium w Los Angeles. Ci pierwsi zarzucają drugim, że to co tańczą nie kwalifikuje się jako hiphop i może być nazwane wyłącznie street jazzem, Ci drudzy z kolei zarzucają pierwszym archaiczność, hermetyczność i zamknięcie się na zmiany jakie niesie ze sobą ewolucja tańca ulicznego. Myślę, że za parę lat emocje za oceanem opadną, co pewnie z kolei przeniesie się i na stary kontynent. Już teraz jedna i druga strona wypowiada się mniej stanowczo i autorytarnie niż jeszcze jakiś czas temu. Każdy z młodych tancerzy LA w pierwszych zdaniach nauczania powtarza jak mantrę ‘learn foundations… study the roots… know your history…’. Mr Wiggles, który jeszcze nie dawno pisał na swojej oficjalnej stronie ‘hiphop choreography always sucks!’ w Gdańsku wypowiadał się już w znacznie bardziej wyważony sposób.



Streetowe kocury spragnione wiedzy na wykładzie Mr Wigglesa
Mr Wiggles says…
No właśnie, Mr Wiggles… choć o tej barwnej postaci słyszałem nie raz, to nie miałem do tej pory okazji być na jego zajęciach. Cieszę się, więc, że udało mi się to tym razem, bo były to jedne z ciekawszych lekcji jakie kiedykolwiek wziąłem. U pana Wigglesa nie poznałem wprawdzie jakichś niesamowitych kombinacji ruchowych, bo jego zajęcia sprowadzały się do najbardziej podstawowych podstaw i najgłębszych korzeni - do studiowania takich ruchów jak body rock, bounce, skate, back step, powerturn itp. Ale nie po to tam szedłem. Albo może inaczej, szedłem właśnie po to, aby zażyć hiphopu u jego korzeniu i w najczystszej pierwotnej wręcz formie. Wiggles to bowiem członek takich grup jak Rocksteady Crew czy Elecric Boogaloos, które dały początek stylom tańca hiphop dance, popping i locking. Każdy, kto dziś szaleje na punkcie tanecznych sensacji Youtuba rodem z Los Angeles, powinien obowiązkowo wziąć udział w zajęciach jeden z osób, które ten styl stworzyły. Hiphopowcy, mają tą wyjątkową szansę, której nie mają, tancerze innych gatunków tanecznych - poznać na żywo prekursorów gatunku. Hiphop jest na tyle młodym tańcem, że jego twórcy wciąż żyją, tańczą i jeżdżą po świecie. Ci którzy dali początek tańcu modern, jazzowi czy tańca współczesnemu od dawna tańczą już po tamtej stronie, a ich taneczne dziedzictwo możemy poznawać wyłącznie dzięki ich tanecznym wychowankom, książkom czy nagraniom archiwalnym. Głównym przekazem Wigglesa było uświadomienie polskim tancerzom bez pamięci zakochanym w choreografiach, że hiphop od zawsze był i zawsze będzie social party dance, czyli tańcem klubowym mającym za zadanie jednoczyć bawiących się ludzi. Patrząc na znane mi kluby faktycznie wielu w naszym kraju o tym zapomniało. I mówię teraz o tych, którzy przychodzą do klubów potańczyć i którzy kochają i potrafią to robić. Nasz klubowy taniec rzadko łączy ludzi! Jeśli ktoś potrafi tańczyć to najczęściej tak bardzo zagłębia się w swoim tańcu, że totalnie zapomina o otaczających go ludziach na parkiecie. Jeśli na parkiet wkroczą Bboye, lub Popperzy to najczęściej zamykają się w swoich własnych grupkach gdzie wzajemnie pokazują przed sobą skilla. Inna sprawa, że w wielu przypadkach to również dziewczyny zamykają się na wszelką formę integracji tanecznej skupiając w trzyosobowych grupkach tańcząc w okół torebki, która leży pomiędzy nimi. Paranoja… ale o tym może kiedy indziej :) wróćmy jeszcze do festiwalu.




Poza Wigglesem wziąłem jeszcze udział w zajęciach Briana Greena, J.C. Winstona, Fabrice Labrany i Justyny Lichacy. Gdybym miał opisywać zajęcia każdego z nim ten artykuł przeciągnąłby się jeszcze o kilka stron, a tego naczelny pewnie by mi nie wybaczył, zatem postaram się streścić. Brian Green to podobnie jak Wiggles, jeden z prekursorów gatunku. Jego umiejętności i wiedza jest faktycznie wybitna, jednak w przeciwieństwie do Pana W, Brian nie wzbudził u mnie zbyt wielkiej sympatii. Wręcz przeciwnie, miałem wrażenie, że Brian koniecznie chce nam udowodnić, że choć wydaje nam się, że coś tam umiemy to jednak jedynie nam się wydaje, z każdym kolejnym krokiem trudnej koordynacyjnie choreografii spoglądał na uczestników z wyrazem coraz większej ironii, a na samym końcu praktycznie pokładał się ze śmiechu. Wprawdzie, rzucił nam na pocieszenie hasło: ‘I’m not laughing AT you, but WITH you’ ale nie zabrzmiało to szczególnie przekonująco. Cóż, bądź co bądź z tej lekcji też można się było czegoś nauczyć – spokoju i pokory. Na zajęciach JC i Fabrice również trafiłem na choreografie, jednak obydwaj zaprezentowali coś zupełnie innego. JC na całkowitym groove, w starym stylu, Fabrice na mocnym spięciu do robiącej się coraz popularniejszą muzyki dubstep. Tak, to było coś innego. U Justyny dostałem porządną dawkę house’u którego akurat w Krakowie bardzo mi brakuje. Praktycznie nikt nigdzie tego nie tańczy. Szkoda. Na końcu zajęć Justyny udało mi się załapać jeszcze na płytkę z jej wspólnym projektem taneczno-filmowym pt. ‘Zamknij oczy’ wyreżyserowanym wraz z Pawłem Łukomskim. Powiem tylko tyle, że niezależnie ile rozgłosu uda się zebrać temu projektowi to i tak będzie za mało. Mam nadzieję, że uda mi się jeszcze napisać o tym szerzej bo naprawdę warto. Ci, którzy jeszcze nie widzieli powinni koniecznie obejrzeć go na youtube, bo znajduje się tam w całości (w dwóch częściach).
Tyle odnośnie edycji 2011. W moich odczuciach wypadła naprawdę nieźle, choć brak mi porównania do edycji zeszłorocznej. Czuję jednak, że za rok, znów zdecyduję się odwiedzić ten festiwal i tym razem osobiście doświadczyć czy ulega on zmianom i czy są to zmiany na lepsze.

PS:
Za zdjęcia wielkie dzięki przesyłam dla Marty Szreder z Gdańska, która uchwyciła na swoim aparacie wiele fajnych scen z tego wydarzenia:)





MTV - Gdańsk Dźwiga Muzę 2011

czwartek, 29 września 2011

FNF Summer Intensive - Taneczna inwazja z Los Angeles

Summer Intensive = Tony Czar
Hey, hey Toney… to pierwsze co przychodzi mi do głowy kiedy myślę o FNF Summer Dance Intensive, którego tegoroczna edycja dobiegła już końca. Choć choreografów na letnich warsztatach w Darłówku było co niemiara, zjechali się bowiem najlepsi tancerze zajmujący się szeroko rozumianym hiphopem, czy też LA Syle’m z naszego kraju, ale także z Rosji, Niemiec czyWielkiej Brytanii to i tak najważniejszą jak dla mnie postacią Summera, rok w rok pozostaje Tony Czar. Swietnie tańczyło mi się w tym roku na zajęciach Lee Daniela, niezwykle ciekawy ruch pokazali Jun Quemado i Miguel Antonio, prestiż wydarzenia podwyższał swoim nazwiskiem obecny choreograf Britney Spears – Kevin Maher, a Erica Sobol jak co roku wywoływała wśród tancerzy emocjonalne burze swoimi choreografiami, mimo to i tak najbardziej utkwiły mi w pamięci każde z zajęć Tonego. O Tonym Czarze, szerzej przeczytać możecie w tym numerze w artykule Maćka Cieleckiego, który niczym Lary King przepytał go dokładnie z całego życiorysu. Odsyłam więc kilka stron wcześniej w celu dowiedzenia się o kim mowa. Ja skupię się z kolei na Tonym na Summerze i tym co w tym roku przekazał polskim tancerzom.

They’re doing choreograpy…
Zabierając się do tego artykułu sięgnąłem wpierw do archiwalnych wpisów na moim tanecznym blogu www.sneakersandpointes.blogspot.com, żeby przypomnieć sobie, jakie miałem odczucia po letnich warsztatowych wojażach w 2010. Przypomniałem więc sobie, że zeszłoroczny FNF Summer Intensive zainspirował mnie do napisania artykułu Words of Wisdom: Czyli złote myśli choreografów, który to w dwóch częściach opublikowany został w Trendy Magazynie 11-12/2010. Wskazówki tam zebrane, w dużej mierze spisane były właśnie na bazie słów Tonego, który już w zeszłym roku celnie, acz z sympatią wytykał błędy i niedociągnięcia polskiej sceny tanecznej. Tak też było w tym roku. O ile poprzednio, główny wykład odbył się wśród tancerzy z grup zaawansowanej, kiedy to głównym zarzutem było ‘execution’ czyli wykonanie, ‘wytańczenie’ choreografii na pół gwizdka, o tyle w tym roku tyrada Tonego skierowana była do grupy średnio-zaawansowanej. Nie miało to jednak większego znaczenia, bo słowa były uniwersalne i każdy z uczestników obozu mógł w mniejszym lub większym stopniu odnieść je do siebie. Pierwsze co przyszło mi do głowy po wypowiedzi Tonego to piosenka Danny’ego Kaye’a z musicalu White Christmas z 1954 roku zatytułowana Choreography. OK., OK., piosenkę znam wprawdzie z amerykańskiej edycji So You Think You Can Dance i wykonania Kathryn McCormick i Nathana Trasorasa w piątym sezonie programu, ale wypada przytoczyć pierwotne źródło, nie prawdaż? Tekst piosenki leciał jak niżej:

One and all they're not chancing
What we used to call dancing
They're busy doing choreography
One and all keep us guessing
What the heck they're expressing
Instead of dance it's choreography!



W ustach Tonego słowa te brzmiały nieco mniej melodyjnie: I know Poland for great choreography dancers, I want to come here one day and say I know Poland for great freestyle dancers as well. Innymi słowy o ile w choreografiach radzimy już sobie całkiem nieźle, o tyle w umiejętnościach swobodnej interpretacji muzyki wciąż kulejemy. I fakt, widać to najlepiej na sali kiedy choreograf włącza muzykę, do której przygotowana jest choreografia, a ¾ sali stoi przed lustrami wpatrując się w siebie zmrużonymi oczyma, oczekując na konkretny bit, lub słowo które uwolni je z dziwacznego bezruchu. Polska nie umie freestyle’ować – it’s a fact. Okej, nie twierdzę, że w ogóle nie posiadamy dobrych freestylerów. Uliczne koty, dla których hiphop równa się popping, locking i bboing, potrafią faktycznie ruszać się do wszystkiego i umiejętnie interpretują muzykę street style’owymi ruchami. Jednak takich tancerzy w porównaniu do Francji – europejskiej stolicy tańca ulicznego jest w naszym kraju niestety garstka, a tancerze, których główną domeną jest LA Style, New Age, New Style, czy jak zwał tak zwał, niestety często w tej kwestii zawodzą. Na swoje usprawiedliwienie możemy spojrzeć wstecz i porównać naszą historie i tradycje taneczne, w których moim zdaniem możemy doszukiwać się naszej freestyle’owej abnegacji. Nie da się ukryć, że taniec hiphop, który wywodzi się w klubów i ulic NYC i LA, stworzony przez czarnoskórych mieszkańców USA ma znamiona tańca plemiennego. Od zawsze istotna była w nim rywalizacja (battelki) i chęci pokazania swoich tanecznych umiejętności drugiej osobie. W Stanach hiphop social dance’s od zawsze były uskuteczniane na klubowych parkietach. Ktoś wymyślił jakiś krok, a jeśli przypadł do gustu pozostałym był kopiowany, rozwijany i uskuteczniany w kolejnych klubach USA. Tak było z funk styles, tak jest i teraz. Co roku pojawia się coś nowego co ludzie podchwytują i wykonują samodzielnie. Hitem tego roku jest dougie, w zeszłych latach był jerk itp. Dzięki temu każdy amerykański klubowicz, ma już jakąś bazę, którą może następnie dowolnie modyfikować według potrzeb. A jak w Polsce? Kurcze, nasze tradycyjne tańce – mazur, obrek, czy krakowiak raczej nie nadają się na klubowe parkiety. Od zawsze dominował więc taniec z nóżki na nóżkę, lub po zwiększonej dawce alkoholu coś na kształt tańca świętego Wita. Klubowe inspiracje w kraju nad Wisłą przez lata czerpane nie z klubów USA, lecz z teledysków Macaren’y czy kilku lekcji towarzyskiego wziętych w podstawówce. Taki mix raczej nie mógł przynieść nic dobrego. Z biegiem lat sytuacja na szczęście ulegała zmianie i w klubach można dziś spotkać coraz więcej ludzi, którzy… uwaga, uwaga – rzeczywiście lubią tańczyć i potrafią się ruszać! Kiedyś, przynajmniej z moich obserwacji, było to zjawisko raczej rzadkie.
OK., skleciłem więc piękną wymówkę dla naszego dyletanctwa i pogłaskałem się powyższym akapitem po główce, pora jednak zabrać się do roboty, i poprawić obecny stan rzeczy. Aby umieć się ruszać do muzyki, trzeba zacząć od zwiększenia zakresu swoich ruchów, a aby zwiększyć ich zakres jak i możliwości ciała trzeba wrócić do podstaw hiphopu czyli do izolacji, do groove’u, do bounce’u. Tony nie rzucając słów na wiatr, poprowadził więc lekcję rezygnując z kolejnej wypasionej choreografii, a skupiając się na równoczesnych izolacjach, różnych partii mięśni, na umiejętnym wykonaniu dougie, a na koniec na mini battelce freestyle’owej. Myślę, że nie tylko dla mnie było to sporym zaskoczeniem, że tancerz z Los Angeles, którym często stare koty zarzucają zatracenie ducha hiphopu, koncentruje się własnie na freestyle’u i battelkach. Kurcze, myślę, że nie byłoby złym pomysłem, gdyby zajęcia z ‘foundations’ czyli bazowych hiphopowych ruchów i izolacji weszły na stałe do grafiku zajęć każdego polskiego tancerza LA Style. Można wprawdzie powiedzieć, że każdy z nas może to robić samemu przed lustrem, lub w klubie. Jasne, że tak, ale ilu to robi? Tancerze zajmujący się baletem, przynajmniej połowę swoich treningów spędzają zamiatając podłogę przy drążku wykonując setki battement tendus i czy poszerza w nieskończoność demi plié i grande plié. Czemu więc tancerze hiphopowi nie mogą także zając się ćwiczeniem techniki? Hm… jestem ciekawy jakie będą uwagi Tonego w przyszłym roku i czy weźmiemy sobie do serca jego wskazówki z tego lata. Czy zrobimy postęp i czy pozycja Polskich tancerzy na mapie Europy będzie się dalej umacniać? Przekonamy się za rok.

FNF Summer = Błażej Szychowski

Na koniec muszę dodać jeszcze zdanie na temat Błażeja Szychowskiego, przy którym to właśnie tak naprawdę powinien pojawić się znak równości z Summer Intensive. Bez niego powiem coroczna inwazja choreografów z LA nie miała by miejsca, a scena taneczna w Polsce nie rozwijałaby się w takim tempie, w jakim się rozwija. Jestem pod ogromnym wrażeniem rozwoju każdych kolejnych warsztatów markowanych znakiem FNF. Stawiam perły przeciw orzechom, że w nadchodzącym sezonie usłyszymy jeszcze nie raz o tancerzach z FNF, jak i o samym Błażeju Szychowskim. Monopol na polskiej scenie tańca komercyjnego właśnie zostaje przełamany, a na rynku pojawia się nowy gracz, który ma dużą szansę na dorównanie tanecznemu potentatowi Agustinowi Egurrola.

Słownik:

Danny Kaye (albo David Daniel Kaminsky; 18.01.1913 –3.03.1987) amerykański aktor, tancerz i piosenkarz i komik znany z licznych ról musicalowych.
Dougie – ruch oryginalnie zainspirowany rapperem o ksywce Doug E Fresh, który w jednym z teledysków wykonywał ruch zaczesywania głowy ręką od przodu do tyłu. W ubiegłym roku w klubach w Texasie pojawił się taniec Dallas boogie, który następnie zmodyfikowany został w dougie ponieważ charakterystyczny ruch Doug E Fresha został dodany do tego kroku.
Lary King – jeden z najbardziej znanych amerykańskich dziennikarzy, który w swej karierze przeprowadził ponad 40 tysięcy wywiadów.



wtorek, 29 marca 2011

Ostatni zimowy temat czyli relacja z SDA Winter Camp 2011

Z ponad miesięcznym poślizgiem publikuję dziś krótką relację dotyczącą warsztatów SDA Winter Camp we Wrocławiu. Warsztaty miały miejsce między 14-18 lutym tego roku, wczoraj z kolei przeglądając FB natknąłem się już na zapowiedź edycji letniej. Także, na podsumowanie edycji zimowej czas najwyższy. Jak wspominałem już razy kilka, gwiazdami warsztatów byli Keone Madrid i Mari Martin. Nie chcę już jednak ponownie rozwodzić się nad ich oryginalnością i wyjątkowością, bo pisałem już o tym wcześniej tutaj. Zamiast tego, polecam wam odsłuchanie rozmowy z nimi, którą nagrałem w ostatnim dniu warsztatów. Mari i Keone zgodzili się odpowiedzieć warsztatowiczom na kilka pytań i podzielić się swoją wiedzą i doświadczeniem. Dźwięk w nagraniu jest fatalny, bo nagrywając naszych rozmówców nie wziąłem pod uwagę, że choć moje ucho doskonale ich słyszy z odległości 10 metrów, to moja kamera może mieć już z tym większy problem (sic!). Postanowiłem jednak zrekompensować wam to niedociągnięcie i dodać do nagrania napisy po polsku, żeby skoro nie słychać, dało się chociaż przeczytać co Mari i Keone odpowiedzieli na moje pytanie. Jeśli napisy nie włączą się automatycznie naciśnijcie małe CC, które znajduje się w prawym dolnym rogu nagrania.





Ewa Bielak You Can DanceFoundations... to hasło powtarza się na wielu warsztatach z ust niejednego instruktora z USA, który odwiedza nasz kraj. Tak mówiła mi Laure Courtellemont dokładnie rok temu na konwencji Ragga Jam w Warszawie. Tak mówił uwielbiany przez polskich tancerzy Tony Czar i tak pewnie będzie mówiło jeszcze wielu odwiedzających nasz kraj, jeśli faktycznie polscy hiphopowcy nie zaczną sięgać do źródeł i nie przyswoją sobie przynajmniej podstaw poppingu, lockingu, footworku, izolacji no i przede wszystkim groove'u. Mówiąc o foundations wcale nie odchodzę jednak od tematu warsztatów SDA. Jedna z lekcji, która zrobiła bowiem na mnie największe wrażenie była lekcją, którą poprowadziła Ewa Bielak. Dziewczyna ta chyba urodziła się w na początku ery funku i za pomocą wehikułu czasu o nazwie Soul Train przeniosła się do czasów współczesnych:) Zajęcia prowadzone przez nią miały bowiem wszystko co dobre zajęcia z podstaw powinny posiadać. I podkreślam (powtarzając za Keone), że zajęcia z podstaw to wcale nie zajęcia podstawowe, i powinny być przypominane, powtarzane i wpisane w program doskonalenia się każdego tancerza hiphop.

Zatem podsumowując... warsztaty SDA mogę smiało polecić wszystkim tym, których kręci taniec hiphop \ LA Style i którzy śledzą na bieżąco na youtube wszelkie nowe choregorafie tancerzy ze studio Debbie Reynolds, Millenium czy z grup takich jak Movement Lifestyle, Young Lions albo Essence. Choreografowie z LA na najwyższym poziomie plus zróżnicowane style instruktorów z SDA są mocną alternatywą dla dominujących wśród zimowo letnich warsztatów FNFów.

PS:
Doszły mnie słuchy, że tego lata również FairPlaye, u których jakiś czas temu gościłem na dniach otwartych  planują zrobienie własnego Dance Camp'u ze szkoleniowcami z za Oceanu, których jeszcze ziemia nasza ojczysta nie uświadczyła. Wszystko zatem wskazuje, że tego lata, większa część tancerzy z LA będzie przechadzać się ulicami Darłówka, Mazur i Poronina:)

PPS:
Last but not least... zapraszam do posłuchania co Michał 'Wisień' Czyżewski - współorganizator warsztatów SDA ma do powiedzenia spacjalnie dla bloga sneakersandpointes.blogspot.com :)



niedziela, 27 marca 2011

Keone & Mari czyli nowa definicja hiphopu

keone madrid mari martin dont stop the music
Kilka tygodni temu brałem udział w warsztatach SDA Winter Camp 2011 (z których relację zrobię już w kolejnym poście za kilka dni). Głównymi gośćmi obozu byli Keone Madrid i Mari Martin - choreografowie nagrodzonymi w tym roku przez organizację Word of Dance. Nagrodzonymi nie bez powodu, bo poza wybitnymi umiejętnościami tanecznymi ich kreatywność i nowatorskie podejście do tańca i muzyki jest zdecydowanie warte zauważenia. Ostatnio zastanawiałem się czym dzisiaj jest taniec hiphop i jak charakteryzować go będą nasze wnuki? W 2011 roku trudno jest  dosadnie i z przekonaniem scharakteryzować technikę hiphopową, bo to co kiedyś będzie techniką - jak technika tańca klasycznego czy tanca modern dziś  jest jeszcze na etapie raczkowania. Są elementy stałe i charakterystyczne - postawa ciała, groove, policentryzm, izolacje, ale nie ma zamkniętego zestawu ruchów i pozycji - pozycje stóp w balecie i trzymanie pionu, czy kontrakcja i release w modernie. Czy taki kanon zostanie kiedyś spisany? Wydaje się to mało prawdopodobne ze względu na co chwilę powstające nowe pozycje i ruchy. A co z muzyką? Hiphop dawno już przestał być też tańczony wyłącznie do muzyki hiphop, podobnie jak taniec jazzowy do jazzu, który przecież w swej pierwotnej formie szedł w parze z muzyką czarnoskórych mieszkańców Ameryki. 
Nie bez powodu na początku wspomniałem o dwóch choregorafach, z San Diego, którzy kojarzą się z szufladką z napisem hiphop. Zobaczcie jednak jak odległe od tego co kiedyś nazywane było hiphopem wykonują Mari i Keone. Panie i Panowie, taniec ewoluuje na naszych oczach, a my mamy to szczęście, że możemy brać w tej ewolucji udział... 




wtorek, 15 marca 2011

Dance for (gay) guys

W ten weekend (tradycyjnie) brałem udział w warsztatach z dwoma FairPlay'ami - Bzygą i Niecikiem. Warsztaty porządne, acz z organizacyjnego punktu widzenia troszku nietrafione z terminem. W ten sam weekend bowiem Yummy Crew z Pauliną Kędzior na Czele organizowało dwudniowe warsztaty w Nowym Sączu, które ściągnęły do siebie pół tańczącego południa Polski w tym większą część Krakowa. Gdybym był w stanie wyrwać się na cały weekend zapewne również bym się tam pojawił, ale ponieważ nie mogłem, skorzystałem przynajmniej z dwóch lekcji z tancerzami z FPC. Ale, ale... wyjątkowo jednak nie o tym jest ten wpis. Nie o choreografiach, warsztatach i wiedzy jakiej na nich zdobyłem, ale bardziej o intrygującym plakacie, który zaatakował mnie w szatni swoją tęczową flagą i przypakowaną klatą typa w kolorowych slipach. Przyznam, że spotkałem się już z ogromną ilością bardziej lub mniej komercyjnych odmian tańca bardziej lub mniej nakierowanych na potencjalnego klienta. Panie w eleganckich fitness klubach mają do swojej dyspozycji najróżniejsze Funky, JazzFunkyHipHop'y (JFH), Salsa Lady Styling'i i inne Latino Solo densy. Natomiast z tańcem zwącym się Dance for Guy's nie słyszałem jeszcze nigdy. Na pierwszy rzut oka widać, że kurs kierowany jest do chłopaków... bardziej niż taniec, lubiących innych chłopaków:) Jestem ciekaw wielce jaki jest popyt na tego rodzaju zajęcia i jak wyglądać będą takie zajęcia taneczne. Jednak mimo, że jestem bywalcem wszelkiej maści warsztatów tanecznych, te wyjątkowo sobie odpuszczę:) Jeśli  ktoś byłby zainteresowany to klikając w link przeniesiecie się na stronę szkoły organizującej te zajęcia. Jeśli któryś z czytelników chciałby się później podzielić wrażeniami to zachęcam do przesyłania waszych wrażeń - z chęcią je opublikuję.


Dance for gay guys

środa, 9 lutego 2011

Keone Madrid i Mari Martin zwycięzcami konkursu World of Dance


Już za kilka dni we Wrocławiu odbędzie się Street Dance Academy Winter Camp 2011. Największymi gwiazdami tych warsztatów będą bez wątpienia Keone Madrid i Mariel Martin z San Diego w USA. Zaledwie kilka tygodni przed warsztatami w sieci pojawiła się wiadomość potwierdzająca prestiż i wyjątkowy talent obydwu choreografów. Keone i Mari wraz ze swoją grupą Choreo Cookies zgarnęli najważniejsze nagrody w konkursie organizacji Word of Dance wręczającej nagrody za największe osiągnięcia taneczne roku. I tak, najlepszym choreografem roku uznany został Keone, najlepszą choreografką Mari, a najlepszą grupą street team zostało Choreo Cookies.

Poniżej rozmowa z nagrodzonymi artystami, tuż przed uroczystością wręczenia nagród.


Chwała zwycięzcom, chwała zwyciężonym!!! A mówiąc o zwyciężonych... konkurencja była naprawdę spora. Poniżej lista artystów nominowanych w tegorocznym konkursie. Pośród nazwisk dostrzeżecie wiele znanych polskim tancerzom z warsztatów tanecznych FNF, SDA czy Fair Play Crew.

Categories and Nominations:


TEAM OF THE YEAR
Choreo Cookies
GRV
Poreotics
Quest Crew

DANCER OF THE YEAR
Shaun Evaristo
Stephen “Twitch” Boss
Dominic Sandoval

INTERNATIONAL TEAM OF THE YEAR
BluPrint Cru Canada
Request Dance Crew New Zealand
Sh!t Kings Japan

INTERNATIONAL CHOREOGRAPHER OF THE YEAR
Brian Puspos
Lyle Beniga
Jun Quemado
Keone Madrid
Shaun Evaristo

MALE CHOREOGRAPHER OF THE YEAR
Andrew Baterina
Keone Madrid
Kyle Hanagami
Mike Song
Scotty Nguyen
Shaun Evaristo

FEMALE CHOREOGRAPHER OF THE YEAR
Candace Brown
Ellen Kim
Gigi Torres
Mari Martin
Rino Nikasone

BEST COMPETITION COLLEGE TEAM
CADC
Kaba Modern
PAC Modern

BEST COMPETITION STREET TEAM
Choreo Cookies
Common Ground
GRV
The Company

BEST YOUTH TEAM
APT
Emanon
IDK

BEST ALL-FEMALE COMPANY
Beat Freaks
Essence
We Are Heroes

BEST COLLEGE COMPETITION
Fusion 220 - UCSD
Ultimate Brawl 909 – UCR
Vibe LTD – UCI

BEST STREET COMPETITION
Battlefest
Body Rock
Bridge
Maxt Out
Prelude

BEST DANCE WORKSHOP
Boogiezone University
Coastal Dance Rage
Monsters of Hip Hop

BEST DANCE WEBSITE
Bloggingbestdancecrew.com
Boogiezone.com
Danceplug.com

BEST DANCE MEDIA COVERAGE
Bloggingbestdancecrew.com
Danceplug.com
Pac Rim Press

BEST CLOTHING SPONSOR
Kallusive Clothing
Lucratif Clothing
Other Duck Clothing

TV DANCE PERFORMANCE OF THE YEAR
LXD The Oscar’s
Jabbawockeez ABDC Champions for Charity
Twitch & Ellen DeGeneres So You Think You Can Dance

LIVE DANCE PERFORMANCE OF THE YEAR
Anbu Black Ops Vibe
Choreo Cookies Body Rock
GRV World of Dance Pomona
Les Twins World of Dance San Diego
Shaun Evaristo and Sh!t Kings House of Blues San Diego


poniedziałek, 6 grudnia 2010

Tricky LA, Tricky WWA, Tricky KRK...

Warsztaty, warsztaty, warsztaty... chwilę już nie pisałem żadnych relacji ani zapowiedzi ciekawych wydarzeń. A ostatnie dwa weekendy spędziłem przecież na warsztatach i to nie byle jakich:

FNF Tricky LA
FNF Tricky LA 2010
W zeszłym tygodniu usilnie zastanawiałem się jakby tu uchwycić dwie sroki za ogon jeden i nawet jako tako udało mi się tego dokonać. Zależało mi bardzo, żeby wybrać się na Tricky LA do Warszawy i poczuć przedsmak FNF Winter Dance Intensive, tudzież sięgnąć wspomnieniami do FNF Summer Dance Intensive, jak kto woli. Zależało mi też na warsztatach z Marcinem Krajewskim w Krakowie, tancerzem popularnym z roli Mirona w serialu Tancerze, choć o niebo ważniejszym osiągnięciem w jego karierze była zapewne rola Pierwszego Solisty Teatru Opery Narodowej w Warszawie i Pierwszego Solisty Opery Narodowej w Mexico City i Baletu w Monterrey. Chciałem być na tych warsztatach także po to, aby podszkolić nieco swój warsztat, ale chyba bardziej po to aby zobaczyć na żywo jego umiejętności. Ale po kolei...

Tricky LA:


Sohey Sugihara
Hey, hey Sohey!
Na organizowanych już kolejny raz dwudniowych zimowych warsztatach FNF tym razem zaproszeni zostali Tony Czar i Sohey Sugihara. Tonego miałem już szansę spotkać na Summerze, Soheya znałem jedynie z Youtube, i z jego charakterystycznego sposobu wywijania blond brzywą. Tony jak zwykle pozytywny, profesjonalny, innowacyjny i dający masę cennych uwag nawet podczas jednych ledwie zajęć, jakie miałem okazję u niego odbyć. To co osobiście uznałem za najważniejsze to rozróżnianie energii w choreografii i dopasowanie jej do charakteru muzyki, do której się tańczy. Nie można całej piosenki przetańczyć na takiej samej mocy bo widz w pewnym momencie będzie miał przesyt. Należy dawkować napięcie, zmieniać energię, tempo, siłę uderzeń itp. Tak jak z filmami, komedie nie są przez całe 90 minut śmieszne, a horrory nie szargają nerwów widza bez przerwy przez cały seans. Wiem, to jest oczywiste i brzmi jak banał jak się o tym słucha, ale wbrew pozorom, nie jest już tak oczywiste kiedy tańczy się samemu.
A jak u Sohey'a? U niego też miałem możliwość skorzystania z jednej ledwie lekcji, żeby nie spóźnić się na pociąg powrotny do Krakowa. Młody Amerykanin urodzony na Hokkaido zrobił na wszystkich ogromnie pozytywne wrażenie, już samą swą osobowością. Chłopak emanował bez przerwy niesamowicie pozytywną energią, wyglądając przy tym jak postać wyjęta z mangowej kreskówki. Brakowało mi jedynie tego, żeby co jakiś czas do słów, które wypowiadał wtrącił jakieś 'Yatta, Yatta!'. Plusem jego zajęć było na pewno to, że zaoferował nam coś zupełnie nowego (przynajmniej dla mnie). Układ w klimacie, w którym rzadko mam okazję tańczyć. Kroki i charakter ruchu był mi dość obcy przez co wydaje mi się, że i z tych zajęć udało mi się wynieść coś nowego.
A po Soheyu pędęm na Dworzec Centralny. W 30 minut udało mi się dostać na peron i 'wsiąść do pociągu, (nie) byle jakiego', bo całkiem komfortowego i z pełni zaplanowaną destynacją.

Dnia następnego przyszedł czas na zajęcia z Marcinem Krajewskim.


Warsztaty z Marcinem Krajewskim


Baletnik Marcin Krajewski
Z cyklu 'przełamywanie stereotypów' - współczesny solista baletowy -  Marcin Krajewski.
To już totalnie inna bajka, inny klimat, inni ludzie. Z hiphopu, z LA Style'u trzeba było przerzucić się na klasykę i to w czystej formie. Pierwsze pół godziny ćwiczeń przy drążku, które tylko ćwiczeniami przy drążku się nazywały, bo w sali zabrakło niestety tego podstawowego narzędzia kaźni wszystkich baletnic. Trzeba było więc poradzić sobie z wykorzystaniem ścian i parapetów. Później ćwiczenia na środku, szukanie pionu, piruety, fouette (sic!). To ostatnie było już mocno na wyrost, bo większość grupy nie była w stanie zakręcić jednego czystego piruetu. Szkoda, że nie wprowadzono poziomów zaawansowania, bo jedna jedyna baletnica, która była na tych zajęciach mogła poczuć się trochę niewytańczona, natomiast ludzie, którzy z tańcem mieli do czynienia tyle ile wynieśli z serialu na TVP2, po powrocie do domu mogli wpaść w stan niekontrolowanego walenia głową o ścianę. Ja chyba uplasowałbym się gdzieś pośrodku. Ale tak jak wspominałem, szedłem na te warsztaty, żeby obejrzeć na żywo jak wyglądają skoki do sufitu i jak kręci się po 10 piruetów i było mi to dane. Tak, wiem, jeśli chcę zobaczyć taniec, powinienem iść na spektakl, nie na warsztaty. Spoko, jeśli tylko w Krakowie będzie możliwość zobaczenia takich tancerzy na scenie częściej, pierwszy ustawiał się będę w kolejce do kasy. Ale jeśli póki co przyjeżdżają głównie na warsztaty to warsztaty takie wykorzystuję również w charakterze widza:)


I tak oto wyglądał zeszły warsztatowy weekend. Ten z kolei spędziłem pod znakiem Polskiego Teatru Tańca i spektaklu Ohada Naharina pt. Minus 2 oraz warsztatów z Poppingu, które poprowadził Bienio wielokrotny laureat i uczestnik zawodów streetdance'owych. Czyli jak zwykle bardzo różnorodne, ale bardzo taneczne klimaty:) W tym tygodniu postaram się napisać parę słów na temat tego spektaklu bo zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie i zaskoczył kilkoma niespodziewanymi pomysłami.

Na sam koniec wklejam jeszcze po filmiku z każdym ze wspomnianych wyżej tancerzy, żebyście mogli zobaczyć ich w akcji.

Tony Czar - Rabbit Heart



Kyle Hanagami & Sohey Sugihara - Operate



Marcin Krajewski - Les Bourgeois

wtorek, 23 listopada 2010

Hip Hop Day - We got moves

Jakiś czas temu w Niemczech, we Frankfurcie miały miejsce warsztaty tańca ulicznego - Hip Hop Day 2010, których przygotowaniem zajęła się organizacja We got moves. Na miejscu jako jeden z głównych choreografów tej imprezy pojawiła się Agnieszka Bota, o której mieliście już okazję przeczytać na blogu. Aga zajmuje się gatunkiem Ragga Jam, o którym już niedługo będziecie mogli usłyszeć ponownie przy okazji zbliżającego się powoli kolejnego zjazdu Ragga Jam Workshops z Laure Courtellemont w Warszawie. Dzięki uprzejmości Agi udało mi się zdobyć relację z tych niemieckich warsztatów, które mam teraz przyjemność opublikować. Dzięki Adze specjalnie dla bloga Sneakers & Pointes krókiego wywiadu udzieił Tom Woll, a również Aga opowiedziała w kilku słowach o wrześniowych warsztatach. Poniżej relacja z Hip Hop Day 2010 - We got moves.


Sneakers & Pointes: What is ‘We got moves’? Is it an event? Organization? Dance convention?

Tom Woll: We got Moves is a Organisation run by Marcel Kaidusch and Tom Woll in Cooperation. We organize Workshops, Conventions and Marcel runs his own Dance School in Frankfurt.

Sneakers & Pointes: This year Hip Hop Day takes place not for the first time. Can you tell few words about previous editions and how do they change?

Tom Woll: This Time it was the fourth Time that we organize that Event. We have always Dancers from all around Germany and some Dancers from other Countrys like, Luxemburg, France, Spain and Russia…
Its always the same Procedure that we organize. We keep the Price for the Customers really low because we want to give Kids the Chance to Dance who has not that much Money…
That’s our Credo…


Sneakers & Pointes: How big is hiphop dance in Germany? In Poland dance generally gets big right now, cause of all the TV shows. Did it change as well or dance was always popular in your country?

Tom Woll: It was allways popular, long before the TV Shows. In the Years before these Shows we always made a lot of Money with Backrounddancing…Now everybody want to Dance for free…just to be on Stage. That’s why I think the TV brought the Industry down. But Dance is still big big big in Germany.



Sneakers & Pointes: Czy gościłaś już wcześniej na tej imprezie? W charakterze uczestnika czy instruktora?

Agnieszka Bota: W konwencji "Hip-Hop Day 2010" uczestniczyłam po raz pierwszy i jestem bardzo zaskoczona świetną organizacją, wysokim poziomem tancerzy oraz bardzo pozytywnym przyjęciem.

Sneakers & Pointes: W tym roku pojawiłaś się na Hip Hop Day 2010 jako jedna z głównych instruktorek. Jakie sa twoje wrażenia z tej imprezy? Jak uczyło Ci się w Niemczech i w jakim języku prowadziłaś zajęcia?

Agnieszka Bota: Głównym stylem konwencji był, jak sama nazwa wskazuje, Hip-Hop, prezentowany przez doświadczonych tancerzy i nauczycieli z różnych zakątków świata: Gus Bembery (Ameryka), Lars Schuijling (Holandia), Marcel Klaidusch oraz Tom Woll (Niemcy). Moja lekcja Ragga była zupełną nowością tej konwencji i stanowiła nie lada atrakcję dla uczestników, którzy widzieli ten styl po raz pierwszy. Bardzo dobrze prowadziło mi się tę lekcję, oczywiście w języku angielskim..

Sneakers & Pointes: Czym różnią się tego typu imprezy w Niemczech i w Polsce?

Agnieszka Bota: Właściwie nie widzę specjalnej różnicy pomiędzy naszymi rodzimymi imprezami tego typu, często bywam uczestnikiem i nauczycielem na różnych warsztatach i konwencjach zarówno w Polsce, jak i za granicą i wszędzie spotykam pozytywnych i zdolnych młodych ludzi, dla których taniec to sposób na życie i spędzanie wolnego czasu oraz wielka pasja i zamiłowanie.
Bardzo gorąco polecam Hip-Hop Day we Frankfurcie polskim tancerzom, to event o naprawdę wysokim poziomie zarówno w kwestii organizacji, jak i prowadzonych lekcji.
Organizator zadbał o wszystko! Bardzo dobrze wspominam ten dzień i mam nadzieję pojechać tam ponownie w przyszłym roku.



A poniżej pełna galeria z konwencji Hip Hop Day 2010:

HipHop Day 2010 - We got moves

wtorek, 14 września 2010

U FairPlay'ów otwarte...

… dni otwarte i drzwi otwarte. Na oścież. Dla każdego, jak zapowiadali – dużego i małego, starego i młodego. No i faktycznie były otwarte przez prawie cały tydzień. W Białymstoku od 7-12.09.2010 oraz w weekend 11-12.09.2010 w Warszawie. Szczęśliwie udało mi się wyrwać z Krakowa i załapać na te kilka dni intensywnych treningów prowadzonych zarówno przez pierwszy skład FPC czyli Blachę, Kruka, Roofiego, Niecika i Bzygę jak i przez KwadratówSimbę, Anitkę, MJ, Krzysia i wielu innych. Studio przy os. 1000 lecia jest naprawdę imponujące szczególnie porównując je do sal krakowskich szkół. W budynku znajdują się dwie szkoły tańca, poza Fair Play'ami – szkoła towarzyskiego – MaxDance. Nie odwiedzałem drugiej części budynku ale już część należąca do FPC to imponujący kawałek przestrzeni. Cztery sale taneczne żółta - duża, czerwona – średnia, znajdują się na parterze. Na piętrze z kolei sala zielona – (względnie) mała oraz sala biała – olbrzymia. W Białym zagościłem już po raz drugi (za pierwszym razem miałem okazję zahaczyć o Studio przy okazji Festiwalu Kalejdoskop w kwietniu tego roku) stąd znajoma mi już była ‘wielkość’ studia. Znajoma była mi również trasa z dworca na os. 1000lecia, na które trafiłem prawie za pierwszym razem, prawie bez przesiadek. Ale co tam. Białystok nie taki duży – długo błądzić się nie da.
Fair Play Crew - sala biała
Biała (największa) sala w Fair Play Studio służąca podczas dni otwartych również jako sala sypialna:)

Można śmiało stwierdzić, że dni otwarte, przebiegały pod hasłem „czym chata bogata tym rada”, ponieważ przybysze ze stron odległych mieli zapewniony dach nad głową za symboliczną kwotę dziesięciu peelenów, oraz nielimitowany dostęp do sal treningowych. Co prawda przyjezdni nie mogli uczestniczyć we wszystkich zajęciach - jak leci - bo gości była całkiem pokaźna liczba, a musiało się również znaleźć miejsce dla miejscowych, ale nie było to na szczęście wielkim kłopotem. W godzinach wczesno popołudniowych organizowane były zajęcia exclusive - właśnie dla najeźdźców. Nie wiem ile nas dokładnie było bo nie dysponuję żadnymi statystykami, ale na oko obstawiałbym liczbę dwadzieścia z czymś. Przy takiej ilości osób przerażająca wydawała się perspektywa oczekiwania w kolejce pod prysznic, który w Studio był tylko jeden (za to kosmiczny przypominający wehikuł czasu z tysiącem pokręteł, guzików, nawiewów i innych buzerów). Perspektywa oczekiwania faktycznie wydawała się bardziej przerażająca niż odwiedziny pobliskiego oddziału Poczty Polskiej (sic!) jednak kolejny raz potwierdziło się, że mam w życiu dużo szczęścia bo ANI RAZU przez te cztery dni nie zdarzyło mi się czekać w kolejce. Dodam, że pozostali tancerze raczej z kabiny korzystali bo rezygnacja z tej czynności byłaby dość łatwo wyczuwalna już dnia drugiego. Nocleg w samym Studio był całkiem komfortowy dla tych, którzy potrafili zadbać o własny interes. Miejsca było bowiem w bród, materacy było zaś kilka. Suma sumarum, spałem zawsze w tym samym przytulnym koncie na wygodnym materacu ze zmieniającymi się co noc niezdecydowanymi co do miejsca koczowania innymi przyjezdnymi.

No ale przejdźmy w końcu do najważniejszego, czyli do tańca. Jak prezentował się poziom tych niecodziennych gratisowych warsztatów? Prezentował się zacnie. Style oferowane na zajęciach były bardzo zróżnicowane: newage, hiphop, krump, dancehall, contemporary, jazz, locking, popping, a nawet akrobatyka. Poziom również był bardzo zróżnicowany. Zajęcia podstawowe różniły się od siebie najbardziej – w zależności od upodobań prowadzącego. Niektóre opierały się na książkowym wręcz instruktarzu, którą rękę podnosi się w górę, a którą nogę ugina podczas rozgrzewki, inne opierały na ponad godzinnym ćwiczeniu groove’u (yes! yes! yes! Rany jak mi tego w Krakowie brakuje). Zajęcia średnie i zaawansowane były już tradycyjnymi zajęciami z uczeniem choreografii i tu trudno określić tak naprawdę ich poziom. Jeśli komuś łatwiej wchodzi gangsterka - idealnie odnalazł się na zajęciach Simby, jeśli ktoś woli mocne izolacje – podpasowałyby mu zajęcia Roofiego, jeśli ktoś chciałby wrócić do oldschoolu i zażyć klasycznego hiphop dance wpasowałby się w zajęcia Kruka, Blachy, a także jednej z choreografii Niecika.

Generalnie te kilka dni upłynęły nie tyle pod znakiem tańca co praktycznie wyłącznie na tańcu. Studio opuszczałem w zasadzie tylko po to aby zjeść ciepły posiłek na stacji BP lub Orlenu, albo aby uzupełnić płyny w pobliskim markecie. Dwukrotnie wypuściłem się ‘na miasto’ raz za przewodnictwem mojej współlokatorki importowanej z Biełegostoku - GabyHaby, która oprowadziła mnie po tej Perle Podlasia, drugi raz grupowo z najeźdcami przemieściliśmy się na rynek gdzie pod ratuszem Fair Pleje zaprezentowali mini flash mob, który zobaczyć możecie w linku na samym dole (jakość nagrania niestety dość kaprawa).

Z tygodnia spędzonego w FPC jestem ogromnie zadowolony i zupełnie nic bym w nich nie zmienił. Dni otwarte serwowane były na takim poziomie, że niczym nie odstawały od normalnych pełnopłatnych warsztatów. Tym bardziej należą się więc FairPlay'om podziękowania za ich zorganizowanie. Mam nadzieję, że udało im się przez tą akcję nie tylko potwierdzić swoją renomę wśród tancerzy przyjezdynych, którzy  w pełni wykorzystali darmową okazję do potańczenia (jak na przykład ja), ale również zdobyć nowych lokalnych – Białostockich i Warszawskich adeptów tańca na sezon 2010/2011.

czwartek, 2 września 2010

Festiwal MTV - Gdańsk Dźwiga Muzę 2010

Dziś z nieskrywaną przyjemnością publikuję na blogu gościnny tekst i zdjęcia autorstwa zaprzyjaźnionej tancerki z Trójmiasta relacjonującej Festiwal MTV Gdańsk Dźwiga Muzę 2010. Z przyjemnością potrójną ponieważ:
- cieszę się, że dzielicie się ze mną swoimi wrażeniami
- cieszę się, że mogę opublikować na blogu wasze wrażenia tym samym przekazując je dalej
- cieszę się, że materiał, który do mnie trafił jest tak dobry:)

Na samym dole znajdziecie link do galerii wszystkich zdjęć z tej imprezy. Kilka z nich zdecydowałem się opublikować również na samym blogu, ponieważ uważam je za wyjątkowo dobre. A jaka jest opinia naocznych świadków festiwalowych zmagań tanecznych? Otóż...   

...festiwal MTV Gdańsk Dźwiga Muzę 2010 Dance Edition, odbył się 7-8 sierpnia. Jak sama nazwa wskazuje, impreza była głównie związana z tańcem. Już od wczesnych godzin porannych, tancerze koczowali pod bramami Placu Zebrań Ludowych. Wszystko po to, aby wziąć udział w zajęciach u najlepszych wirtuozów tańca. Byli to m.in. Gigi Torres, Shaun Nails, Filip Czeszczyk, Anthony Kaye i wielu innych. Oprócz możliwości doskonalenia swojego warsztatu u najlepszych, chętni mogli wystartować w bitwie tanecznej solistów. Nagrodą było 10 000 zł i puchar, który trafił w ręce Pawła „Pablo” Krupy. Wieczorem odbyły się koncerty, na których wystąpili The Returners, Tede, a całość zwieńczona została występem amerykańskich raperów M.O.P.
Największą atrakcją dnia drugiego, były pojedynki ekip tzw. Performance Showcase. Dostarczyły one widowni wiele emocji. Najgorętszy doping otrzymywali członkowie Enzym Crew, natomiast ostatecznie zostali pokonani przez EF Machine, którzy w nagrodę zdobyli - bagatela - 30 000 zł!
Całe to wydarzenie, podsumowali artyści klubowej sceny tacy jak Wet Fingers i Shapeshifters.
Mirela

Gigi Torres, Filip Czeszyk & Buddha Stretch
Trzech sprawiedliwych turnieju MTV Gdańsk Dźwiga Muzę: Gigi Torres, Filip Czeszyk & Buddha Stretch


Grupa Unique
Grupa Unique podczas swojego turniejowego showcase.


Martha Nabwire
Martha Nabwire w trakcie tanecznej bitwy
Paweł Krupa - triumfator
Pablo Krupa - triumfator


Pablo Krupa & Martha Nabwire
Zwycięzca i zwyciężona: Pablo Krupa i ...?

W poniższym oknie znajduje się pełna galeria festiwalowych zdjęć...
MTV - Gdańsk Dźwiga Muzę

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Dancing Poznań - XVII Międzynarodowe Warsztaty Tańca Współczesnego

Dzięki uprzejmości znajomego umieszczam dziś na blogu galerię zdjęć z Festiwalu Dancing Poznań czyli VII Międzynarodowego Festiwalu Teatrów Tańca, połączonego z XVII Międzynarodowymi Warsztatami Tańca Współczesnego. Na imprezę tą chciałem jechać osobiście ale raz - powoli brakuje mi już urlopu, dwa - pogubiłem się w kalendarzu i wypadła mi totalnie z głowy ta data (kto wie, może wybrałbym się na dzień czy dwa). Prezentuję zatem poniżej galerię zdjęć zrobionych przez Grześka wraz z krótkim opisem jego wrażeń:

Dancing Poznan 2010

Sobotnie popołudnie upłynęło pod znakiem pokazów tańca na dziedzińcu Zamku Cesarskiego w Poznaniu. Uczestnicy warsztatów, które odbywały się pod szyldem Dancing Poznań 2010, zaprezentowali swoje układy choreograficzne. Publiczność gorąco przyjmowała występy grup, nagradzając odwagę i walory artystyczne gromkimi brawami. Prezentowały się zarówno grupy podstawowe, średniozaawansowane i te całkiem profesjonalne. Towarzyszyli im mistrzowie, czyli instruktorzy tańca, wśród których nie zabrakło uznanych autorytetów. Młodzi tancerze fotografowali się ze swoimi nauczycielami wśród tłumu poznanian i przyjezdnych turystów.
Przyjemnie było obserwować, jak ci, którzy nie tańczyli na scenie, podrygiwali w takt muzyki na płytach zamkowego dziedzińca. Bity muzyki wprawiały ich ramiona, nogi, całe ciało w podrygi i wibracje. Wszyscy przepełnieni byli tańcem i szeroko się do siebie uśmiechali.
Wieczorem impreza przeniosła się do klubu Blue Note, gdzie wystąpiła śmietanka festiwalu Dancing Poznań prezentując modern, funky, r’n’b i ogniste tańce latynoskie.
Grzesiek

wtorek, 29 czerwca 2010

Wywiad z Laure Courtellemont - Ragga Jam

Antoni Sikora: Jednym z najbardziej oczywistych i najczęściej powtarzających się pytań również wśród uczestników warsztatów jest pytanie czym jest Ragga Jam i czym różni się od Dancehallu jeśli w ogóle

Laure Courtellemont: Ragga Jam wywodzi się od 'reggae dancehall'. Afrojamajskiego street dance, przystosowanego do nauczania. Inspiracją dla stylu były ruchy wywodzące się z tańców afrykańskich oraz reggae. Ragga Jam jest tym, w jaki sposób postrzegam i wyrażam kulturę reggae dancehall, tworząc choreografie i jednocześnie zachowując autentyczność i esencję tego tańca. Poza samym tańcem poprzez Ragga Jam chcę przekazać również ogromny szacunek jakim darzę kulturę jamajską.

Antoni Sikora: Ale czy nie łatwiej byłoby jednak nazwać twój gatunek np. Ragga Dancehall? Gatunek mniej więcej od początku tego milenium zyskuje ogromną popularność na świecie między innymi dzięki takim artystom jak Beenie Man, Elephant Man czy Sean Paul?

Laure Courtellemont:: Nie,  ponieważ nie pozwalają mi na to wartości, które są dla mnie tak istotne. Nie mam prawa do używania nazwy dancehall ponieważ nie urodziłam się na jamajce, mój kolor skóry nie jest czarny, ta muzyka nie była tworzona przez moich przodków. Powtarzam, ragga i kultura jamajska to wartości bardzo mi bliskie, szanowane i podziwiane przeze mnie, jednak nie wywodzę się z nich. Używanie nazwy stworzonej przez inną kulturą byłoby zwykła kradzieżą i brakiem poszanowania. Druga rzecz to, aby używać jakiejś nazwy trzeba być świadomym odpowiedzialności jaką się na siebie bierze. Jeśli decydujesz się uczyć innych ludzi jednocześnie uznajesz się za eksperta w danym temacie.  Ja biorę pełną odpowiedzialność za Ragga Jam, bo sama ten gatunek stworzyłam. Dancehall to kultura bardzo głęboka i obszerna. W ragga jam nie wykorzystuję wszystkich elementów w niej występujących.

Antoni Sikora: Jakich na przykład?

Laure Courtellemont: Dancehall jest stylem bardzo seksualnym dla europejczyka może wydawać się wręcz wyuzdany. Wiele elementów wykonywanych w jamajskich klubach wygląda często jak dwie osoby uprawiające seks w miejscu publicznym. Dla nas to gorszące dla nich jest to zupełnie normalne. Musisz zrozumieć, ja w pełni zdaje sobie, że tego typu ruchy są nieodłącznych elementem kultury ragga dancehall, jednak nie są one bliskie mojej wizji świata i moim przekonaniom. Szanuję je jednak, w ragga jam takich elementów nie znajdziesz.

Antoni Sikora: No tak, ale przecież każdy wie, że seks się sprzedaje. Wystarczy spojrzeć na losowo wybrany teledysk w MTV. Czy miałaś w swojej karierze sytuacje, w których jako choreograf jamajskiego stylu tańca zostałaś poproszona o stworzenie układów takich o których wspominasz wyżej?

Laure Courtellemont: Oczywiście. Kilka lat temu poproszono mnie o przygotowanie choreografii do teledysku francuskiej grupy muzycznej. Zgodziłam się dając warunek, że sama ustalam ubrania, w których wystąpią tancerki. Producent początkowo się nie zgodził, jednak po tym jak zauważył, że nie pójdę w tej kwestii na ustępstwa wyraził zgodę. Przygotowałam więc choreografię godząc się na ubranie dziewczyn w seksowne topy jednak nie pozwalając na świecenie gołymi tyłkami w moim układzie. Kiedy zobaczyłam końcowy efekt w postaci videoclipu doznałam szoku. Producent zgodnie z umową wykorzystał mój układ i moje tancerki płacąc nam za to umówioną stawkę. Jednak postawił również na swoim do innych scen wykorzystując dziewczyny które w skąpych mini prężyły się przy samochodzie obmywając go pieniącymi się gąbkami kręcąc przy tym tyłkami na wszystkie strony. My postawiłyśmy na swoim i dostałyśmy za to pieniądze. One prawie nagie wdzięczyły się przed kamerą za darmo. Smutne.

Antoni Sikora: W swojej wieloletniej karierze choreografa spotkałaś się pewnie z wieloma tego typu trudnymi wyborami lub sytuacjami, w których musiałaś udowodnić swoje przekonania i zasady.

Laure Courtellemont: Owszem, sytuacji takich było i pewnie jeszcze będzie miało miejsce całkiem sporo. Jedna z takich historii, która utkwiła mi w pamięci to czas kiedy pojawiłam się w studio Broadway Dance Center w Nowym Jorku gdzie miałam prowadzić zajęcia z ragga jam. Biała kobieta ucząca gatunku tańca pochodzącego z Jamajki wygląda, bardzo podejrzanie. Rozumiem to w pełni, dlatego tym bardziej staram się udowadniać, że kulturę tą traktuję z powagą i szacunkiem.  W studio BDC podeszła do mnie czarnoskóra choreografka o imieniu Luam i z dużą podejrzliwością zapytała mnie czy to ja jestem tą kobietą, która uczy dancehallu. Odpowiedziałam, że tak, powiedziałam w jakich godzinach prowadzę zajęcia i zaprosiłam aby przyszła obejrzeć. W podanym terminie Luam pojawiła się i obserwowała z boku przebieg lekcji. Po zajęciach podeszła do mnie i zaproponowała mi prowadzenie za nią zastępstwa w następnym tygodniu kiedy nie mogła być obecna. Zaufała mi, co znaczyło dla mnie niesamowicie dużo. Po pewnym czasie jednym z efektem mojej pracy w BDC było stworzenie wraz z Luam wspólnej choreografii Ragga Jam, którą Luam umieściła na swoim profilu na kanale Youtube. Wiem, że jeszcze nie raz będę miała sytuację kiedy będę musiała udowadniać moje kompetencje i mój stosunek i wiedzę o kulturze tańca, który uprawiam, ale wiem, że tak powinno być i zgadzam się na to w pełni.

Antoni Sikora: Ragga jam prezentowałaś i nauczałaś w niezliczonej ilości krajów, poznałaś już więc ogromną liczbę tancerzy z różnych stron świata. Czy zauważasz jakieś różnice pomiedzy tancerzami ze Stanów, z Francji, Niemiec, Hiszpanii, a między tymi z Polski?

Laure Courtellemont: Tak, oczywiście! Są kraje w których taniec to nierozłączna część kultury (Brazylia), i ludzie nie martwią się tam o swoje ciała. Słońce i plaża! Całkowita wolność! Szczęście! Są też kraje, w których taniec traktowany jest jako PRAWDZIWA praca i szanowana forma aktywności. Takie kraje to na przykład USA. Inne mają tak zimny klimat i pogodę, że stosunek do własnych ciał jest w tych krajach dużo bardziej nieśmiały, wstydliwy. Nawet jeśli widać w nich wielką motywację to jednak podróż dla takiego tancerza aby dotrzeć do DANCEHALLU jest bardzo długa i trudna.
Polska to kraj wybuchowy… i wyczuwalna jest tu ogromna chęć poznawania i uczenia się. To jest wspaniałe i bardzo przyjemne. Polskim tancerzom potrzebna jest większa wiedza, zdobycie większej ilości informacji o tańcu, a później… to będzie doskonałe miejsce do tańczenia. Uwielbiam uczyć w Warszawie ze względu na olbrzymią uprzejmość i szacunek jaką Polscy tancerze dają w zamian za to co otrzymują od nauczyciela.

Antoni Sikora: Na koniec chciałbym zapytać o jakieś wskazówki lub porady dla młodych tancerzy w Polsce. Co robić i jak aby z dnia na dzień stawać się coraz lepszym i jak osiągnąć sukces w tańcu?
[I would like to ask you for any guidelines or advice for young dancers in Poland? What to do to become better and better every day and how to achieve success in dance?

Laure Courtellemont: SŁUCHAJCIE MUZYKI! To podstawa! Muzyka jest kluczem I to muzyka tworzy taniec. MUZYKA KAŻDEGO DNIA!!!!



Wywiad nie powstałby bez pomocy nieocenionej Agnieszki Boty, która usilnie i wytrwale stara się wprowadzić Ragga Jam na Polskie parkiety:)


Wywiad ukazał się na łamach czerwcowego  numeru Trendy Magazyn.

sobota, 29 maja 2010

Ragga Jam 2010 - relacja z warsztatów

Fatou Tera
Siedząc w pociągu relacji Kraków Główny – Warszawa Centralna zaczęły nachodzić mnie obawy. No dobrze, zobowiązałem się napisać reportaż z warsztatów Ragga Jam odbywających się z Laure Courtellemont 25-26 kwietnia w Warszawie ale co jeśli nie będę miał tak na prawdę o czym pisać? Ot, zrobiliśmy kilka choreografii, parę ćwiczeń poprawiających technikę, nauczycielka zwracała uwagę na to i na to. Tyle. Nie byłaby to zbyt porywająca relacja i pewnie jako odbiorca ziewnął bym dwukrotnie po przeczytaniu pierwszego akapitu i przeszedł do następnej strony. Jednak po powrocie do domu i przeanalizowaniu tego czego doświadczyłem przez te dwa dni byłem spokojny, że na brak tematów do pisania nie mogę jednak narzekać. Przeciwnie, chwyciłem się za głowę bo gdybym chciał zrelacjonować wszystko co podczas tych warsztatów miało miejsce musiałbym spisać nie artykuł, a książkę. Teraz więc największym wyzwaniem będzie zebranie najważniejszych i najciekawszym według mnie elementów programu tych dwudniowych warsztatów i spisanie ich na tyle zwięźle na ile potrafię. Okej, zatem podejmuję się wyzwania i zaczynam...

Good Morning Poland

Czy takie zdanie padło na początku mogę się jedynie domyślać ponieważ pierwsze 30 minut warsztatów spędziłem na dokończeniu podróży PKP wydostaniu się z labiryntu Dworca Cenralnego i dostaniu się na właściwe miejsce.
Po tym jak już dotarłem gdzie trzeba przekonałem się, że Laure Courtellemont przybyła do Polski z jeszcze większym wsparciem niż ostatnio. Z Laure miałem bowiem okazję spotkać się już na poprzednich warsztatach w grudniu kiedy to również na dwa dni odwiedziła nasz kraj wraz ze swoją nieodłączna asystentką Audrey Bosc. Ta druga mimo, że pozostająca na drugim planie jest nieodzownym elementem projektu Ragga Jam. Stanowi wyraźne oparcie i pomoc dla Laure i jej obecność na Sali jest zawsze cennym elementem wzmacniającym jakość warsztatów. Z wymienioną dwójką na warsztaty przyjechały również dwie inne przedstawicielki Ragga Jam – Fatou Tera (Francja) i Vittoria Paccotti (Włochy) oraz osobisty DJ projektu Ragga Jam - SamOne, który od samego początku choreograficznej kariery Laure współpracował z nią, można więc powiedzieć, że Ragga Jam jest więc po części jego dziełem. Uczestnicy warsztatów również stanowili mix wielonarodowościowy. Była na nich bowiem para z Luxemburga, najwięksi fani Laure podążający za nią na każde europejskie warsztaty oraz tancerz z Brazylii.



Warm up

Po powitaniach, informacjach organizacyjnych i odnalezieniu swojego miejsca na Sali warsztaty rozpoczęły się. Jedną z większych zalet Laure jest jej ogromna charyzma i umiejętność zainteresowania ludzi zajęciami i tematami, o których mówi. Pierwszy raz w życiu spotkałem się z warsztatami tanecznymi podczas których jakieś 25-30% zajęć poświęconych było… teorii. Dwa dni zajęć od 9 rano do 19 wieczorem prowadząca podzieliła w taki sposób aby intensywne i wyczerpujące fizycznie godziny przeplatały się z sesjami tematycznymi, podczas których uczestnicy mieli szanse złapać oddech jednocześnie dowiadując się więcej na temat ragga. A temat był obszerny i niezgłębiony. Przedstawicielka polskiego Ragga Jam Agnieszka Bota zadbała o materiały dydaktyczne dla wszystkich uczestników warsztatów i zanim jeszcze zaczęliśmy się ruszać każdy z nas otrzymał małe kompendium wiedzy na temat Ragga Jam. A w nim zagadnienia, fakty i hasła takie jak: Jamajka, Etiopia, Ragga, Reggae, Dancehall, Bob Marley, DJ Kool Herc, Selecta, itp. itd. Muszę przyznać, że takie podejście do tematu tańca jest dla mnie bardzo przekonujące, wyraża bowiem głęboki szacunek do tematu. Jeśli chcesz być artystą plastykiem warto dowiedzieć się czym jest impresjonizm a czym kubizm. Jeśli chcesz być wirtuozem instrumentów klawiszowych warto poznać czemu Chopin jest tak doceniany i podziwiany na całym świecie. Jeśli chcesz tańczyć konkretny styl tańca, a nie jedynie bezmyślnie wykonywać sekwencje ruchów musisz wiedzieć skąd dany gatunek się wywodzi i jaka jest jego historia. Laure wielokrotnie podczas warsztatów przypomniała nam o tym czasem większym lub mniejszym naciskiem, czasem bardziej emocjonalnie a czasem przekornie. Przypomniała nam, a raczej wypomniała, sytuację z poprzednich warsztatów, która jak twierdziła, nie dała jej spać w nocy, kiedy to po pokazaniu nam klasycznego hiphopowego kroku noszącego nazwę ‘running man’ ludzie na Sali odpowiedzieli, że krok nazywa się ‘oldschool’. Ten śmieszno-smutny przykład uświadamia nas jak mierny poziom nauczania hiphopu był \ jest praktykowany w wielu szkołach tańca w naszym kraju. Obowiązkowym elementem nauczania tancerza jazzu lub tańca współczesnego, są zawsze wszystkie pozycje klasyczne rąk i nóg, jette, plie, battement tendu i tak dalej. 90% ‘nauczycieli’ hiphopu w szkołach tańca przy fitness klubach nie zna w ogóle historii gatunku, a kroki w swoich układach kopiuje z youtube lub teledysków. Ale, ale, pozostawiam rozprawkę nad stanem polskiego hiphopu na inny i wracajam do tematu ragga jam. Podsumowując ten blok warsztatów, byłem z niego bardzo zadowolony bo wzbogacił moją wiedzę na tyle, żeby nie czerwienić się kiedy ktoś zapyta mnie co i dlaczego tańczę.



Let’s dance

Tak jak pisałem zajęcia ruchowe przeplatały się z zajęciami teoretycznymi, jednak aby w miarę uporządkować ten artykuł nie relacjonuję warsztatów w sposób chronologiczny lecz tematyczny. Muszę przyznać, że stylistyka ragga jam Laury pasuje mi w 100%. Zawsze lubiłem dancehall , nigdy jednak nie mogłem przekonać się do tańczenia go na zajęciach, a raczej do swobodnej bujanki na klubowych parkietach. To co zniechęcało mnie najbardziej w rodzimym dancehallu to całkowite zdominowanie i sfeminizowanie tego gatunku. Kwintesencją dancehallu w Polsce to Dancehall Queen Contest, w którym 80% ruchu to shake’i i bounce kręcenie pośladkami we wszystkich płaszczyznach, czyli ta niegrzeczna, bardziej ‘derrrty’ część tańca. (Żeby nie było, wiem, że w tym roku po raz pierwszy w konkursie była również kategoria Dancehall King, nie wiem jednak jakie było zainteresowanie i poziom, bo nie byłem obecny na konkursie. Ponadto nie mam też nic przeciwko brudnej odmianie dancehallu z perspektywy widza). Kiedy więc zobaczyłem Jam Laury w zupełności pozbawiony tych elementów w formie bardziej tradycyjnej, oldschoolowej i w mojej opinii, znacznie bardziej męskiej moja radość była wielka. Myślę, że będzie możliwość zobaczenia choć części układów autorstwa Laure, Audrey i Fatu bo wszystkie rejestrowane były oficjalną raggadżemową kamerą, zapewne w celu umieszczenia ich docelowo na oficjalnej stronie projektu. Poza chorełkami, których przez dwa dni udało nam się zrobić około pięciu, sześciu wykonywaliśmy również ćwiczenia charakterystyczne dla jazzu i klasyki czyli tak zwaną ‘przekątną’. Z jednej na drugą stronę Sali przechodziliśmy wykonując określoną sekwencję dancehallowych ruchów wcześniej poznając \ podając nazwę każdego z nich. Na tym punkcie Laure była bardzo wyczulona (najwyraźniej chciała ustrzec nas przed sytuacją, kiedy to za parę lat inny nauczyciel ragga zapyta nas o jakiś krok a my z dumą nazwiemy go na przykład ‘densholem’.


Laure Courtellemont

And stretch

Zakończenie warsztatów zwieńczone było zapowiadaną wcześniej wielokrotnie i wywołującą duże emocje audycją. Podczas niej Laure miała zdecydować, kto z pośród startujących kandydatów mógłby zostać ambasadorem marki Ragga Jam i co za tym idzie być oficjalnym przedstawicielem tego gatunku w Polsce. Casting dla części startujących był czymś dobrze znanym, dla innych zaś zupełnie nowym doświadczeniem co widać było przy początkowej konsternacji niektórych uczestników. Poziom startujących tancerzy (jeśli dobrze pamiętam było ich jakieś siedem, osiem osób) był całkiem wysoki, jednak poza tańcem musieli się oni wykazać także, a może głównie umiejętnością uczenia i prowadzenia zajęć, oraz – co okazało się być elementem decydującym – zgodnością metodologiczną z tą uskutecznianą przez Laure. W efekcie tego, przy moim dużym zaskoczeniu – bo miałem przynajmniej jedną faworytkę – choreografka nie zdecydowała się w tym roku na żadnego z kandydatów, zapowiadając możliwość ubiegania się o tytuł w przyszłym roku na kolejnej konwencji Ragga Jam w Polsce. W sumie można zrozumieć jej przesłanki, ponieważ jeśli jest się autorem projektu, który tworzy się i rozwija nieprzerwanie przez kilkanaście lat to traktuje się go z rozsądkiem i ostrożnością. Oczywistym jest więc, że jeśli chce się przekazać tą markę innej osobie to musi być to osoba, co do której kompetencji nie ma najmniejszych wątpliwości. Dodatkowo tytuł, który zdobywa się z wysiłkiem przynosi większy prestiż więc jeśli za rok któremuś z kandydatów uda się go zdobyć sukces tej osoby będzie jeszcze większy.


Agnieszka Bota 2

See you next year…

Konwencja Ragga Jam odbyła się w Polsce po raz pierwszy jednak ze względu na duże zainteresowanie gatunkiem pewnym jest, że za rok odbędzie się kolejna edycja dwudniowego intensywnego szkolenia. Jeśli chcielibyście sięgnąć po więcej informacji na temat Ragga Jam dowiedzieć się czegoś o oddziałach i choreografach na świecie, o gatunku, historii, muzyce, kulturze itp. polecam poniższe strony:

Polska strona Ragga Jam: http://raggajampoland.pl

Na sam koniec chciałbym wspomnieć o osobie, której należą się wyrazy uznania za wysiłki wprowadzania Ragga Jam do Polski, która zorganizowała tegoroczną konwencję i która ma największą wiedzę na temat projektu Laure Courtellemont. Agnieszka Bota, bo o niej mowa prowadzi oficjalna polska stronę projektu możecie więc się z nią skontaktować przez stronę lub Facebooka i zapytać jak wyglądają dalsze plany Ragga Jamu w Polsce.



Artykuł pojawił się na łamach majowego wydania Trendy Magazyn.

Older Posts